Emilka

Emilka

06.2008 – 08.08.2009

Przyjęliśmy ją jako około ośmiomiesięczną kotkę, którą od śmierci na ulicy uratowała nastoletnia córka kobiety należącej
do globalnego kociego podziemia. Po kilku miesiącach leczenia Emilki (wtedy jeszcze Karinki) kotka przyszła do nas z
wielkim urazem do gabinetów weterynaryjnych. Cały miesiąc przed zamieszkaniem z nami dostawała ogromne ilości zastrzyków.
Gdy zawieźliśmy ją na zabieg sterylizacji i usuwania przepukliny, uświadomiliśmy sobie, że jest niesamowicie silną
fighterką i ma ogromną wolę życia – nie działały na nią środki usypiające, pani weterynarz musiała zastosować specjalne
środki, by przygotować kotkę do zabiegu.

Wiosną postanowiliśmy nie sprzeciwiać się jej wielkiemu pragnieniu wychodzenia na dwór. Być może nudziła się podczas
naszych krótkich nieobecności w domu (po wakacjach mieliśmy dla niej przygotować niespodziankę – pragnęliśmy przygarnąć
kolejną kocią towarzyszkę). Niesamowitą przyjemność sprawiało jej kolektywne wychodzenie i wracanie do domu – zawsze
zamykała pochód, sprawdzając, czy całe stado dotarło na miejsce. Często miała ochotę na robienie z nami zakupów – wtedy
zastanawiałam się, czy nasza Emilka nie schodzi na psy ;) Szybko aklimatyzowała się w nowych miejscach. Było jej dobrze
tam, gdzie było jej stado. Polubiła nasz samochód, wyjazdy do moich rodziców. Mieliśmy niesamowitego nomadycznego kota,
który stawiał swój namiot tam, gdzie wspólnie się udaliśmy.

Ułatwiła nam nawiązanie kontaktów z sąsiadami (alienujące życie w mieście). Trudnej międzygatunkowej przyjaźni uczyła
się ze staruszką Chicą – suczką sąsiadów. Zaczęliśmy wyznaczać swój dzienny rytm. Letnimi wieczorami wychodziliśmy na
podwórko, by ściągnąć ją do domu. 21 lipca wieczorem nie wróciła do domu na noc. Podejrzewaliśmy najgorsze, bo nie
chciałam uwierzyć, że tak po prostu uciekła od nas. Nie myliłam się. Dokładnie tydzień później znajomi, którzy u nas
nocowali, po drugiej w nocy przyprowadzili wychudzonego kota z oczami pozbawionymi figlarnych błysków (szybko je
odzyskała). Od powrotu Emilka zaczęła porzucać część ze swych zasad – zmieniała się w kota potrzebującego coraz
większych ilości pieszczot, ludzkiej bliskości. W nocy budziła mnie i domagała się mojego dotyku. Zaczęła wskakiwać na
moje kolana, czego ta emocjonalnie niezależna kotka nie robiła wcześniej zbyt często. Coraz częściej komunikowała
potrzebę pieszczot.

Bardzo się cieszyłam na dwutygodniowe „wakacje” w jednorodzinnym domku z ogrodem, którym mieliśmy
się zająć podczas urlopu rodziców Piotrka. Emilka była zachwycona. Tyle przestrzeni w domu i na zewnątrz. Delektowała
się drzemką i sfinksowaniem w każdym pomieszczeniu. Pozowała między kwiatkami i udawała, że ich nie podjada. Biegała za
owadami. Ogrzewała się w słońcu. Rozczulało mnie tup-tup po drewnianych schodach, gdy z lubością patrolowała dom.
Ta sielanka trwała zaledwie kilka dni. Nie zaprzyjaźniła się z kotem sąsiadów, który poczuł, że jego teren jest zagrożony.
Prawdopodobnie chciała nawiązać znajomość z psem innego sąsiada. Wilczurowata Hera nie odpowiedziała przyjaźnie na
wizytę Emilki w swoim ogrodzie. A Emilka nie sądziła, że pies może być śmiertelnym wrogiem. I pewnie to zaskoczenie było
najsilniejszym ciosem. W sobotę wieczorem usłyszałam odgłosy szaleńczej walki w ogrodzie sąsiada. Myślałam, że to kocia
walka o teren. Gdy wybiegłam do naszego ogrodu, Hera dobijała Emilkę. Gdy dobiegliśmy do sąsiada, do bramy przyszła Hera
z martwą Emilką w pysku…

Nasza przyjaciółka była prawdziwą kocią indywidualnością. Z szacunkiem podchodziliśmy do jej niesamowitej potrzeby
niezależności. Wraz z upływem czasu coraz bardziej stawało się dla nas jasne, że dzięki całkowitemu uznaniu tej
skomplikowanej osobowości zyskaliśmy kocią przyjaźń, zaufanie, przywiązanie, radość spotkań i smutek rozstań, potrzebę
bliskości, nocne i poranne czułości okraszane mruczeniem i mrużeniem przepięknych miodowych oczu…

…choć Emilki już nie ma, łącząca nas wieź nadal istnieje. Wciąż wydaje mi się, że zaraz wróci do domu. Budzę się z
myślą, że zaraz obdarzymy się czułościami. Widzę puste miejsca, które na zmianę okupowała. Myślę o tym parapecie, który
posiadała na wyłączność. O fotelu, na którym mnie w to ostatnie sobotnie popołudnie podsiadła i z którego obserwowała
nasze ruchy niby to śpiąc…

Czujemy ogromną pustkę i bardzo tęsknimy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.