Toffi

Toffi

grudzień 1992 – czerwiec 1993

Mimo iż był samiczką dostał właśnie tak na imię. Jako że był przesłodkim króliczkiem oraz dlatego, że w telewizji właśnie był film, a występował w nim właśnie prześliczny (moim zdaniem) koń o właśnie tym
imieniu. Niestety… Toffi nie był ze mną zbyt długo… Żył tylko 7 miesięcy, z czego 2 spędził w sklepowej klatce, a 2 były ciągłą walką o jego życie. Niestety, przegraną… Tak więc jedynie 3 miesiące mógł się tak naprawdę cieszyć życiem.

Nie był jedynym króliczkiem w moim życiu, ale nigdy nie spotkałam się z takim potencjałem króliczej miłości jak w przypadku Toffiego, zwanego czule – Toffiaczkiem. Potrafił wspinać się na kolana, kłaść na grzbiecie prosząc o pieszczoty. Przybiegał na każde zawołanie i w ogóle za chwilę pieszczoty był gotów zrobić wszystko. Uwielbiał specjalnie dla niego siany owies, za to wapienne kostki w kilka minut
przemieniał w wapienną mączkę. Łapkami :) Toffi nie chciał ani na moment zostawać sam. Pragnął
zainteresowania, głaskania, mówienia do niego. Ten króliczek miał w swoim malutkim ciałku tak wiele czułości i oddania… Jakby przeczuwał, że w ciągu tych kilku szczęśliwych miesięcy musi nazbierać zapas
naszej miłości i swojej radości na całą wieczność. Bo niestety los nie był dla niego łaskawy… To rozbawione, wiecznie kicające zwierzątko pewnego dnia zachorowało. I to był początek końca. Na
początku nie wyglądało to groźnie. Pozornie… Taki sobie mały guzek.. Operacja… Powikłania. Sukces – udało się z nimi uporać. Kilka dni później szok! Kolejne guzy, tym razem także na kości… Chwile nadziei przeplatały się z chwilami zwątpienia. Mimo kolejnych operacji choroba robiła swoje. Czasem ustępowała na kilka dni, później wracała ze zdwojoną siłą…

Po dwóch miesiącach nadszedł czas na trudną decyzję… Gdy zapłakana sznurowałam sobie tego dnia na podłodze buty – Toffi wyszedł chwiejnie z klatki, przyczłapał do mnie, wspiął się na moje kolana i zasnął ugłaskany… U lekarza był spokojny jak nigdy, nawet nie drgnął w momencie zastrzyku. Po prostu zasnął, tak jak godzinę wcześniej – pod wpływem pieszczot… I to jest koniec opowieści o Toffim…

Agnieszka Maciejak (aga@zwierzeta.w.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *