Szczeniak



Szczeniak

? – 24.05.2005

Nie wiadomo ile czasu mieszkał w szopie zanim go zobaczyliśmy- usłyszawszy nadjeżdżający samochód uciekał właśnie w pośpiechu do swojej kryjówki, przeciskając się pod drzwiami.

– To chyba jakiś pies…

Zaczęliśmy chodzić do tej szopy i nosić mu jedzenie. Siedział schowany za starym fotelem, wciśnięty w ciemny kąt, niedostępny dla rąk i oczu. Musieliśmy cofać się do drzwi i stać nieruchomo, żeby wysunął się trochę i zaczął jeść. Był tak zabiedzony, że trudno było stwierdzić czy to szczeniak, czy dorosły pies. Grzbiet miał wygięty, z wyraźnym kręgosłupem, łapy potwornie krzywe, sierść brudną i pełną opitych krwią kleszczy. I był kompletnie dziki. Zdaje się, że nigdy wcześniej nie miał kontaktów z ludźmi. Stawialiśmy miskę na środku szopy, żeby zmusić go do wyjścia. Brał jedzenie i tyłem wracał do swojego kąta. Nie spuszczał nas z oczu. Próbowaliśmy go powoli oswajać, podawaliśmy mu mięso z ręki, chwytał je i uciekał, próbowaliśmy go dotknąć, ale reagował paniką albo warczał. Rozdarł jakąś poduszkę i z pierza zrobił sobie posłanie, cały był pokryty piórami. Nazywaliśmy go Pierzuchem. Po dwóch tygodniach straciliśmy nadzieję, że uda się go oswoić, nie robił prawie żadnych postępów, nie reagował na wołanie, nigdy nie merdał ogonem, nie interesował się nami. Aż w końcu któregoś dnia wyszedł przez dziurę wyciętą dla niego w drzwiach i zaczął łapać rzucane mu patyczki. Wyglądało, jakby oszalał ze szczęścia. Podbiegał do kotów, które kręciły się po podwórku i chciał się z nimi bawić, nawet kiedy te go drapały do krwi po nosie i uszach. Uwielbiał koty. Bawił się też z naszymi psami. Z dnia na dzień niesamowicie się zmieniał, merdał ogonem, łapał nas za spodnie i ręce, gryzł. Wciąż jednak nie dawał się głaskać, choć można go było dotykać w zabawie. Nie ufał nam, nie pozbył się dzikości. Dostawał witaminy, mleko i mięso, odrobaczyliśmy go, stał się ślicznym szczeniaczkiem. Zwlekaliśmy z wizytą u weterynarza i szczepieniami, żeby nie narażać go na stres. Szukaliśmy mu domu, jeden znajomy był prawie zdecydowany go wziąć.

W niedzielę szczeniak nie wstał. Nasza znajoma weterynarz była nieosiągalna, więc obejrzał go przypadkowy lekarz znaleziony w ogłoszeniu. Stwierdził odkleszczowe coś tam, podał mu kroplówkę i leki. Pies poczuł się lepiej. W poniedziałek było znów gorzej. Nasza weterynarz zrobiła mu badanie krwi. Diagnoza tamtego lekarza okazała się błędna, a podana dawka leków dwukrotnie za silna (ponadto dowiedzieliśmy się, że ów lekarz miał nawet sprawy sądowe za błędy w leczeniu). Pies chorował na koronowirozę i była nadzieja, że z tego wyjdzie, choć miał bardzo słaby organizm. Leżał w łazience – odizolowany od naszych zwierząt. O północy miał dostać lekarstwo… Umarł spokojnie, jakby przez sen, głaskany.

Kiedy przechodzimy obok szopy ciągle nam się wydaje, że za chwilę z otworu w drzwiach wynurzy się czarny łepek z długimi uszami i za chwilę szczeniak wyskoczy i zacznie szaleć po podwórku.

Żył pół roku. Opiekowaliśmy się nim przez cztery tygodnie, przez ostatni tydzień, kiedy przestał się już nas bać, wydawał się taki szczęśliwy, pełen energii. Może to były jedyne szczęśliwe dni w jego życiu?

Anna Maria i Grzegorz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.