Baks

Baks

Dwanaście lat temu, w połowie stycznia Mama postanowiła kupić mi pieska, żeby nie było mi smutno po śmierci Taty. Miałam wtedy 14 lat… Marzyłam o czarnym niewielkim piesku, którego nazwę Cygan… Niestety nie było żadnego takiego zwierzaka…

Oglądałam i brałam więc na ręce wszystkie maleństwa, a było jedno takie, które od razu ukradło moje serce… To był malutki, złociutki spanielek… Ujął mnie tym, że jak tylko wzięłam Go na ręce to mnie… obsikał… Oddałam Go właścicielowi i poszłam dalej, ale już nie mogłam przestać o Nim mysleć… Piękne oczka tak mnie uwiodły, że zdecydowałam, że to właśnie Ten… I znów wzięłam Go na ręce i… znów mnie obsikał… I to był ten znak… Oto właśnie w moim życiu pojawiła się mała przepiękna istotka, mój pierwszy pies… mój Baks.

I tak dorastaliśmy razem: wspólne wypady na wakacje, wspólne spacery, wspólne zakupy… wszystko robiliśmy razem. Moja Mama i Babcia strasznie dbały o najmłodszego członka rodziny, aż czasami byłam zazdrosna, ale i ja kompletnie zwariowałam na Jego punkcie. Baksio szybko nauczył się wielu rzeczy… Wiedział, że jak mówi się do Niego: „idę do szkoły / pracy, bądź grzeczny” to trzeba iść do okienka na chwileczkę, a później położyć się spać. A jak usłyszał: „poczekaj, idę do sklepu” to siedział w oknie i wyglądał kiedy wracałam, żeby stać pod drzwiami i nie przegapić mojego powrotu, bo zawsze znajdowało się coś dla Niego. Jak już był dorosłym psem sam wchodził do sklepu, gdzie Pani ekspedientka dawała mu ciasteczka do pyszczka, a On pośpiesznie i wesoło gnał do domu.

I tak mijały lata, bawiliśmy się przednie. Baksio był moim powiernikiem, najlepszym przyjacielem. Mówiłam mu o swoich kłopotach i radościach, opowiadałam mu co się wydarzyło w szkole, w pracy, przytulałam się do Niego i płakałam, gdy było mi źle… A On patrzył na mnie swoimi wielkimi oczami, lizał po twarzy cieplutkim jęzorkiem i wtulał się we mnie jeszcze bardziej. Mogę o Baksiku pisać i pisać. Przeżyliśmy ze sobą wspaniałych dwanaście lat na ciągłej zabawie, pieszczotach i wygłupach…

Nagle przyszła ta okrutna choroba, trwała tylko, a może aż miesiąc… Wielka panika, robiłam wszystko, aby Go uratować… A mój kochany Baksio gasł na moich oczach… chudł, malał, siwiał… jednym słowem umierał… Później wyrok! I decyzja, chyba najcięższa w moim życiu… Nie mogłam pozwolić, żeby się męczył… No i stało się…

Baksio bawi się teraz na łące za tęczowym mostem, spotkał swoje ulubione kanarki, które odeszły od Nas już dawno… A ja zostałam sama w wielkim, pustym domu i umieram z tęsknoty. Razem z Nim odeszła moja radość, szczęście, chęć życia, umarło kawałek mnie… Wszędzie Go widzę, czuję Jego zapach, czekam na Niego… Muszę całkowicie przeorganizować swoje życie, które do tej pory skupiało się wokół mojego piesia… Nie potrafię, nie mam sił… Wiem, że czas leczy rany, że to dopiero dwa dni… Cieszy mnie tylko to, że Baksik nie czuje już żadnego bólu, bawi się beztrosko… Teraz On będzie się opiekował mną, tak jak ja czuwałam przez te wszystkie lata, żeby nie stała Mu się żadna krzywda… Wierzę w to głęboko, że jest przy mnie cały czas, że widzi co robię, że słyszy jak z Nim rozmawiam, że czuje jak tęsknię i kocham, że przytula się do mojego serca, aby mnie pocieszyć kiedy płaczę… Wiem, że kiedyś i ja przejdę przez tęczowy most i że wtedy już żadna siła nas nie rozdzieli… Będziemy się bawić, przytulać i będziemy szczęśliwi… I już zawsze będziemy razem… Baksio i jego Asieńka…

Kocham Cię mój Serdelku !!! Nie zapomnij o mnie… Od dwunastu lat jesteś w moim sercu i tam już pozostaniesz po kres moich dni… Papa…

Asia Oliniewicz (asia_oliniewicz@poczta.onet.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.