Ajo


Ajaks, Ajo, Ajaksik, Najlepszy i Najwierniejszy Przyjaciel…

1992 – 1 kwiecień 2009

To była miłość od pierwszego wejrzenia, bardzo chciana i długo wyczekiwana… Parę kilo Kudłatego Szczęścia na
czterech łapach :) Ajo, bo tak to Szczęście nazwałam zjawił się u nas w kwietniu lub czerwcu 1992 roku (nie pamiętam, bo
miałam wtedy tylko siedem lat). Zjawił się i od razu zawładnął sercami wszystkich domowników. Znalazł się u nas trochę
przez przypadek. Mieliśmy dostać innego pieska, ale Mojego Kochanego Aja odrzuciła matka i ktoś musiał się nim zająć.
Trafił do naszej rodziny i chyba lepiej trafić nie mógł… Nic nie dzieje się przecież przez przypadek.

Był moim Braciszkiem, towarzyszem całego dzieciństwa. Codzienne wesołe pobudki, śmieszne minki, merdanie ogonka, tupot
małych nóżek po parkiecie, wspólne pieszczoty, słodkie chrapanie i wiertolenie się w koszyku, wdychanie zapachów świata,
radość gdy przyszła wiosna i gdy spadł pierwszy śnieg, zapach jego sierści były na pozór takie zwyczajne… A dawały mi
tyle radości, uspokajały i zapewniały poczucie bezpieczeństwa :)

Miałam wrażenie, że rozumie co czuję. Kiedy było mi smutno po prostu przychodził i przytulał się do mnie, wiedział kiedy
przyjadę, bo zawsze wcześniej kładł się koło drzwi, a takiego przywitania i szczęścia nie widziałam nigdzie więcej. Nie
lubił kiedy wyjeżdżałam na dłużej, zawsze odwracał się tyłem, obrażał i nie chciał pożegnać. Bronił mnie kiedy ktoś
próbował chociaż delikatnie trzepnąć, był bardzo zazdrosny, nie lubił i nie ufał tym samym ludziom, którym nie ufałam ja.
Kiedy wyjeżdżałam dwa tygodnie przed jego śmiercią tak na mnie popatrzył tymi mądrymi dużymi czarno-brązowymi oczami
jakby chciał powiedzieć: „nie zostawiaj mnie”…

Nie wiedziałam, że jest chory, myślałam że to po prostu starość… Żałuję, że nie poszłam z nim wcześniej do weterynarza,
żałuję, że nie przyjechałam wcześniej… Ostatnie dwa tygodnie bardzo cierpiał, nie jadł, nie pił, chudł i marniał w
oczach. Rodzice po rozmowie z lekarzem z wielkim bólem serca zdecydowali się go uśpić. Nie powiedzieli mi o tym i nie
pozwolili się nam pożegnać, ale chyba obydwoje z Ajem coś przeczuwaliśmy… A teraz będą to moje pierwsze święta bez
Niego. Czuję wielką pustkę… Wszystko mi Go przypomina, wszędzie Go słyszę, wszędzie są jeszcze Jego kłaczki, brak mi
Jego odgłosów, cały czas wydaje mi się, że zaraz tu wejdzie i się do mnie przytuli, tak jak zawsze…

MOGĘ MU TERAZ TYLKO PODZIĘKOWAĆ ZA TE PRAWIE 17 PRZEPIĘKNYCH WSPÓLNIE SPĘDZONYCH LAT I PRZEPROSIĆ, ŻE PRZEZ STUDIA NIE
BYŁO MNIE CZĘŚCIEJ W DOMU… MAM NADZIEJĘ, ŻE JEGO PRZYJAZNA DUSZYCZKA ZAWSZE BĘDZIE PRZY MNIE… DZIĘKUJE AJKO:)***…
ZAWSZE BĘDZIEMY WSZYSCY O TOBIE PAMIĘTAĆ, NIGDY CIĘ NIE ZAPOMNIMY!!!
DO ZOBACZENIA MÓJ KOCHANY AJAKSIKU. KIEDYŚ SIĘ SPOTKAMY, UCIESZYMY NASZYM WIDOKIEM, WYGŁASKAMY I PRZYTULIMY JAK JESZCZE
NIEDAWNO MIELIŚMY W ZWYCZAJU… I OCZYWIŚCIE PÓJDZIEMY NA BARDZO DŁUGI SPACER…***

Dokąd idą psy, gdy odchodzą…

Dokąd idą psy, gdy odchodzą?
No, bo jeśli nie idą do nieba
To przepraszam Cię, Panie Boże
Mnie tam także iść nie potrzeba

Ja poproszę na inny przystanek
Tam gdzie merda stado ogonów
Zrezygnuję z anielskich chórów
Tudzież innych nagród nieboskłonu

W moim niebie będą miękkie sierści
Nosy, łapy, ogony i kły
W moim niebie będę znowu głaskać
Moje wszystkie pożegnane psy…

Olga Woźniak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.