Freya

Freya

08.2005-20.09.2007

Była mieszańcem persa i dachowca. Miała być prezentem dla koleżanki siostry- została z nami. Na kilka dni przed moimi
urodzinami zrobiła mi prezent. Miała 3 miesiące, gdy do nas trafiła- śliczna srebna kotka niczego ani nikogo się nie
bojąca- zaskarbiła sobie nawet serce taty, gdy w pierwszych godzinach w naszym domu położyła się mu na brzuchu i usnęła.
Wiedzieliśmy, że jest nasza.

Pokochałam ją całym sercem- żadnego wcześniejszego zwierzaka tak nie kochałam. Freya umiała aportować- miała zabawkę
w kształcie PSA!!!- przynosiła ją zawsze pod nogi. A to jak spała! Chyba nie było nigdzie na świecie słodszego
zwierzaczka- wyciągnięta jak struna z prostymi łapkami spała na brzuchu. Codziennie rano przychodziła do mnie tuż
zanim zadzwonił budzik- wskakiwała na łóżko i zaczepiała mnie swoją słodką główką. Schodziłyśmy razem na dół, dawałam
jej śniadanko, a ona później przychodziła do mnie do łazienki jak się malowałam i zaczepiała.

Uwielbiała chodzić po dachu- lekko uchylone okno dachowe i już jej nie było. Te jej wędrówki dwa razy zakończyły
się upadkiem. Oba szczęśliwie bez obrażeń. Wczoraj nie miała już tyle szczęścia. Jak co dzień rano od jakiegoś
miesiąca jak tylko widziała, że ktoś wychodzi z domu szybko przemykała przez uchylone drzwi. Nie uciekała nigdzie-
tarzała się w trawie tuż po domem, chodziła po drzewach… Nigdy nie wychodziła na drogę, podporządkowała sobie
wszystkie okoliczne psy. Miała obróżkę z imieniem i telefonem oraz prośbą „ZGUBIŁAM SIĘ. POMÓŻ MI WRÓCIĆ DO DOMU”. Jak
ją tylko widzieli od razu nam ją przynosili.

Gdy chciała wrócić głośno miauczała lub siadała pod drzwiami i czekała, aą ktoś z domowników wracał do domu. Wczoraj
się nie doczekała… Bawiła się na trawie, gdy nagle jakiś nieodpowiedzialny człowiek chcąc skrócić sobie drogę do
garażu przejechał po trawie. Freyka została uderzona prosto w głowę, kierowca nawet się nie zatrzymał. Widzące to
dzieci przyniosły nam ją natychmiast do domu. Nie wyglądało, że jest coś nie tak- leżała spokojnie jak zawsze gdy ktoś
ją niósł… Dopiero jak zobaczyła nasze twarze i to że jest w domu zamiauczała, a jej oczy zaczęły się robić szkliste…
Nie zdążyliśmy dojechać do weterynarza, umarła w naszych ramionach po drodze. Ja nie zdążyłam jej już zobaczyć,
musiałam zostać dłużej w pracy. Gdybym wróciła jak zawsze od razu bym ją wzięła do domu i dziś byłaby jeszcze z nami!!!
Dlaczego tak się stało?!?!?! Dlaczego ta kochana kotka nie jest dalej z nami? Przecież potrącone koty czasem żyją…

Dziękuję Bogu za to, że była ze mną, że mogłam ją kochać i że ona mnie kochała. Dziękuję, że ci chłopcy przynieśli nam
ją od razu, że nie byli obojętni i pozwolili jej umrzeć spokojnie- wiedziała że jest w domu z tymi którzy ją kochają
i których ona kocha…

Nie minęły jeszcze 24 godziny, a ja nie mogę sobie poradzić z bólem
FREYU! KOCHAMY CIĘ DALEJ! MAMY NADZIEJĘ, ŻE JESTEŚ TERAZ SZCZĘŚLIWA- MOŻESZ BIEGAĆ NA ZIELONEJ TRAWCE I NIE MA TAM
TYCH WSTRĘTNYCH AUT! ODNAJDZIEMY CIĘ, GDY NADEJDZIE ODPOWIEDNI MOMENT, SPOTKAMY SIĘ NA TĘCZOWYM MOŚCIE.
KOCHAM CIĘ!!! MASZ SPECJALNE MIEJSCE W MOIM SERCU.

Iga Baran ( iga.baran@gmail.com )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.