Yoko

Yoko

Yoko moje marzenie. Nie takie zwykłe dziecięce, ale takie wielkie od maleńkości.

Od zawsze jak widziałam psa to podobno mówiłam „patrz mamo jaki śliczny piesek”, a różne się zdarzały. No i któregoś
dnia, gdy byłam u babci na feriach zadzwoniła mama i powiedziała, że czeka na mnie w domu niespodzianka, a mi coś
podpowiadało, że jak tata przyjedzie po mnie do babci w piątek to tam w domu czeka na mnie pies. No i przyjechał! Nic
nie powiedział, pamiętam tylko, że z bagażami wchodziłam do domu, stanęłam w drzwiach, a tu nagle coś przebiegło, takie
małe biało czarne. To była ona, malutka suczka husky. Oczywiście pierwsze co to spacer na zamkniętym przykrytym śniegiem
placu, żeby nie uciekła, ani nie spotkała kota. No i się zaczęło- puściłam, a i owszem, ale ze złapaniem przez całe jej
życie było ciężko:) Kiedyś żeby sie nie gubiła na plaży miała 10m linkę i drąg, żeby jak ucieknie do lasu się gdzieś
zatrzymała i żeby można ją było znaleźć. Potem z roku na rok było lepiej.

W wieku 5 lat biegała po plaży luzem, bo w mieście nigdy się nie nauczyła, że samochód robi krzywdę chociaż w wieku
1,5 roku miała wypadek, na szczęście nic poważnego się nie stało. I tak z nami żyła, a raczej obok nas, bo miała na
balkonie swoją ukochaną budę, w której spędzała większość czasu, bo lubiła być niezależna tak jak cała rodzinka.
Ostatnio już było gorzej ze zdrówkiem. Ogłuchła, ale jak jeszcze dreptała po plaży, bo to kochała najbardziej, to na
migi machając ręką wołało się ją do samochodu, nie mówię że zawsze przychodziła. No i niestety nadszedł ten dzień… Rano
jeszcze przyszła sprawdzić czy śpię. Potem wróciła do domu i poszła spać. Po poludniu przyszła i stwierdziłam, że ma
jakiś duży brzuch i dziwnie sie kręci, więc poszłyśmy na dwór. Schodząc po schodach zapiszczała. Wiedziałam, że coś nie
tak. Zaraz do weterynarza, diagnoza- nowotwór śledziony. Nastepnego dnia miała być operacja, ale już po 2 godzinach jak
cały czas piła stwierdziłam, że jedziemy do lekarza. Brzuch bardzo się powiększał, był to już wieczór, nie mogła
oddychać, bo był przesięk do jamy klatki piersiowej. Lekarz stwierdził, że robienie operacji nie ma sensu, bo ma chore
serce i już jest w kiepskim stanie i nie wiadomo czy wytrzyma do rana.

Musiałam podjąć tę straszną decyzję, a że jestem studentem 6 roku weterynarii było dla mnie straszne, że jestem bezradna.
Wiedza mówiła, że nic się nie da zrobić i że nie będzie już cierpieć, ale serce chciało walczyć, nie poddawać się. Jednak
stwierdziłam, że nie mogę jej męczyć, że dała mi tyle miłości, ciepła, uśmiechu, radości, tego że zawsze była przy mnie,
że teraz muszę zrobić wszystko, żeby nie cierpiała, chociaż stało to w sprzeczności z moją chęcią walki.

Odeszła od nas 22 czerwca o godzinie 22.15. Dziękuję ci maluszku, że byłaś z nami ponad 15lat. Mam nadzieję, że dobrze
ci było u nas i że czekasz tam na mnie i przybiegniesz się przywitać jak do was dołączę. A ja obiecuję, że będe ratować
jako weterynarz wszystkie twoje siostry i braci jakby byli TOBĄ! KOCHAM CIĘ I NIGDY NIE ZAPOMNĘ. DZIĘKUJĘ, ŻE Z NAMI
BYŁAŚ!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.