Maksio


Maksio

15.10.1989 – 2004

Maksiu trafił do naszego domu 22 listopada 1989 roku. Ja miałem wtedy 14, a moja siostra 5 lat. Gdy się urodził my już czekaliśmy, żeby móc go zabrać do domu. Mama go przyniosła jak miał 5 tygodni. Był malutki, śliczny i wspaniały. Z dnia na dzień było jeszcze fajniej.

Kiedy miał 8 miesięcy ciężko zachorował, po seriach zastrzyków i innych lekarstw wyszedł z tego. Znowu był wesoły i energiczny. Uwielbiał jeździć nad jezioro, gdy tylko zobaczył wodę trudno go było utrzymać. Wspaniale pływał, nawet skakał z pomostu. Od malutkiego jeździł z nami na naszą działkę, tam oczywiście kopał dołki, deptał kwiatki i warzywka, ale i tak nikt nie był na niego zły. Co roku z całą rodziną jeździliśmy na urlopy. Oczywiście Maksio zaczął jeździć z nami. Bardzo lubił jeździć samochodem, zwłaszcza na przednim siedzieniu. Był z nami w wielu miejscach, wiele razy nad morzem, w górach, nawet w Pradze.

W 2000 roku podczas urlopu w Bieszczadach zachorował na kręgosłup. Udało się jednak praktycznie wyleczyć go. Cały czas dopisywało mu zdrowie. Wiele osób jeszcze w tym roku dziwiło się, że Maksio ma już prawie 15 lat. Zaczął trochę siwieć, ale zdrówko miał niezłe. Nawet kręgosłup mu nie dokuczał mimo, że mieszkamy na 4 piętrze. Tego lata złapał jak co roku kilka kleszczy. Po miesiącu od ich wyciągnięcia Maksiu zachorował. Zaczął być apatyczny, obolały, nie miał apetytu, miał wysoką gorączkę. Od razu rozpoczęliśmy leczenie. Jeden weterynarz, następny, porządna klinika, wszelkie możliwe badania, dobre leki. Codzienne wizyty. Wiele kroplówek. Babeszjoza okazała się jednak silniejsza. Choroba trwała 2 tygodnie. Wysiadły całkowicie nerki, strasznie uszkodzona wątroba. To wszystko mimo właściwych leków i kroplówek. Maksiu zasypiał na moich rękach, patrząc głęboko w moje oczy. To jest coś strasznego. Nigdy nie zapomnę tej chwili tak jak zawsze będę myślami z moim Maksikiem. Był ze mną przez ponad połowę mojego życia. Chciałem zrobić dla niego wszystko. Byliśmy w stanie wydać na leczenie wszystkie pieniądze jakie mamy, jednak lekarz stwierdził, że nie można już nic zrobić.

Mój Maksik spoczywa teraz na swojej ulubionej działce, gdzie od maleńkości się bawił. Zrobiliśmy piękny skalniaczek z kwiatkami, które zawsze lubił wąchać. W domu stoją zdjęcia, w przedpokoju wisi smycz tylko jego nie ma. W sercu jest wielka pustka. Wiedzieliśmy, że kiedyś taki dzień przyjdzie, ale jak zawsze przyszedł zbyt wcześnie. Wierzymy, że jest mu teraz dobrze na Tęczowym Moście oraz że spotkamy się kiedyś i będziemy zawsze razem, bardzo szczęśliwi.

Krzysztof

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.