Kaja

IMG_20120508_155903

Mója najukochańsza na świecie sunia wabiła się Kaja. Był to sznaucerek miniaturowy koloru pieprz i sól. Towarzyszyła mi odkąd pamiętam. Do naszego domu przywędrowa, gdy miałem 5 lat, ona pare tygodni. Wniosła w rodzinę mnóstwo miłości. Jak nikt potrafiła rozśmieszyć, wesprzeć na duchu. Na swój sposób zawsze pomagała, wysłuchała, a w chwilach mojej słabości potrafiła tak magicznie spojrzeć i przytulić się, że ustawały wszystkie smutki. Wiele ją w życiu spotkało. Przez wujka, który postanowił zapoznać ją z psem, wilczurem, miałą złapaną łapkę. Bawił się nią jak zabawką, a że był młody nie udusił jej, jedynie wykorzystał do rozrywki. Bardzo ładnie radziła sobie z nogą w gipsie. w słodki sposób chodzila, i długo po zdjęciu opatrunku kulała, przez co do końca już życia chodziła w specyficzny sposób bokiem. W późniejszych latach miała przepuchline, przez co musiała też być wysterylizowana. Była bardzo nerwowa. Panicznie bała się petard i jakich kolwiek wybuchów. Nie lubiła żadnych zwierząt. Szczekała nawet na osy. Często się denerwowała. Była na każde zawołanie, a jej wzrok był najsłodszy na świecie. Lata z nią były piękne i nic nie wskazywało na to, że ma się coś stać. Niestety…

18 lutego skończyła pełne 13lat. Weterynarz do którego zawsze z nią chodziliśmy mówił, że wygląda świetnie jak na swój wiek. Jeszcze w sobotę, tj. 30 kwietnia 2013 roku wszystko było wporządku. W niedziele, dodam, że była to niedziela zmartwychwstania pańskiego, poszlismy do kościoła jak zawsze, ona została w domu z dziadkiem. wszystko było ok. po powrocie zasiedliśmy całą rodziną do świątecznego stołu, ona położyła się na kanapie obok. Zauważyliśmy że zaczeła bardzo szybko oddychać, jak nigdy. Brała krótkie i płytkie wdechy. Przejąłem się, jednak mama uznała, że poprostu jest stara, a ta pogoda za oknem jej nie sprzyja. Jednak długo jej to nie mijało. Męczyła sie bidulka. Wybłagałem od rodziców, by zadzwonić do weterynarza, czasami pokasływała przeraźliwie. Pojechalismy do całodobowego weterynarza, który od poczatku mi sie nie spodobal. Widząc biedną Kaje, zamiast od razu zając sie ulżeniem jej, on zajął się jej rejestracją w komputerze co zajelo ladnych pare minut. pozniej wypytywal glupio ze to moze cos zjadla, lub jakis kleszcz jej wszedl. po badaniu spojrzal na babcie i powiedzial ze to juz koncowka zycia pieska.. stanelo mi serce. wmorowalo mnie w ziemie. Powiedzial ze ma wode w płucach i bardzo bardzo slabe serduszko z ktorego nic juz prawie nie zostało. dal jej trzy zastrzyki i leki do domu. Po powrocie wszyscy byli bardzo poruszeni. na chwile ustabilizował jej się oddech, jednak nadal oddychała bardzo szybko. Myslelismy ze wszystko sie ułoży, niestety. dostała ataku, panicznie oddychał i błagała wzrokiem o pomoc. nagle jej głowka przechylila sie do tyłu, a cała zsuneła się na kanape. przestała oddychac, cala rodzina zaczela plakac i lametowac. ja z tata zaczelismy trzasc nia i masowac serce. blagalem Boga o pomoc, prosilem ja zeby sie nie wyglupiala. nagle wstrzasnela sie i ozyla. to byl piekny moment ulgi… niestety takich atakow, zatrzymania akcji serca dostawala tego dnia jeszcze trzy razy. noc była spokojniejsza. bidulka jednak nie miala sily nawet siedziec. na drugi dzien to jest poniedzialek wielkanocny i prima aprilis rano było ok, wstała sama poszla sie napic wody, oddychała szybko ale regularnie. pojechalismy do babci na obiad, ona zostala z druga babcia i dziadkiem w domu. po powrocie mowili ze wszystko było z nia wporzadku. jednak po krotkim czasie, gdy juz bylismy w domu znowu dostala ataku. caaaly wieczor oddychala ostatkiem sil. patrzac na nia plakalem i blagalem by tak nie cierpiala, nie wiedzielismy co dla niej lepsze, czy moze by jej nie uspic. mama powiedziala ze ona nie przetrwa nocy, ze ona juz poprostu nie ma sily. bylo mi jej bardzo zal. wyblagalem ich, by zadzwonic do innej kliniki. postanowilismy tam pojechac, bo przez telefon powiedzieli ze zrobia wszystko by jej pomoc. niosac ja do samochodu serce stanelo jej poraz 5 na moich rekach. balem sie ze ja zabilem. w progu zaczelismy ja cucic i znow wrocila do zywych. bardzo bolalo to, bo jej smierc przezywalismy tyle razy pod rząd, w samochodzie wtulila sie we mnie bardzo mocno, spogladala na przednia szybe bo wiedziala ze jedziemy jej pomoc, była bardzo słaba, nie oddychala juz nosem tylko ustkami… w klinice od razu nia sie zajeli. dali jej kroplowke, mnostwo jakis lekow na szybsze przyswajanie wody przez pluca, dali mi tlen bym jej dal w nosek i buzke. na chwile sie uspokoilo. lezala na kolanach mojego taty a ja kucajac prze dnia patrzac w oczy dawalem jej tlen. cieszylismy sie ze wszystko bedzie dobrze, lekarze powiedzieli ze kilka psow juz odratowali z obrzeku pluc, tylko nie wiadomo jaki ma ona. niestety najgorszy moment nadszedł, patrzac jej w oczy cieszylem sie ze wszystko bedzie dobrze. Nigdy nie zapomne jej oczu, ktore na mnie spojrzaly, po czym zabraklo jej dechu….. lekarz wzial ja szybko na stol i zaczal reanimowac. woda poszla z jej mordki, oraz z tylu. koniec powoli nadchodzil. wszystko dzialo sie na moich oczach. wstrzykneli jej adrenaline, zrobili masaz serce, zaczela oddychac. lecz nie byla juz przytomna, jej oczka rozbiegly sie i slepo patrzyly w podloge. walczyla, naprawde walczyla lecz juz brakowalo jej sil. chciala zyc, nigdy, nigdy nie wymarze z glowy momentu kiedy nieprzytomna lezala lecz serduszko bilo, lekarz musial wyjsc a ja mialem patrzec i czuc czy oddycha. tak stalem glaskalem ja i wyczuwalem puls. nagle zanikl…. krzyknalem po lekarza, przyszedl, dwadziescia minut ja reanimowal, wstrzyknal trzy razy adrenaline. niestety to byl koniec. widzialem jej biedne zmarnowane cialko lezace na stole, Nie moge tego zapomniec, wymazac z pamieci. caly czas placze, bo widze jak ja zabiera z gabinetu, niezywa, i bezbronna. widzialem jeszcze jak krew leci jej z noska, to byl naprawde koniec :( nie radze sobie z tym. przez cale dziecinstwo byla ze mna. teraz mam 18lat, mature za miesiac a ona mnie opuscila. nie moge darowac sobie tego, ze lekarz powiedzial, ze to najgorsza smierc. utopila sie, przez wode w plucach. Nie umiem juz zyc. bardzo mi jej brakuje. w domu jest pusto, wszystkie rzeczy po niej zniknely. kocham ja bardzo, brakuje mi jej. nie potrafie wmowic sobie ze jest szczesliwa gdzies w niebie… bo jest tam sama… ciagle mam nadzieje ze to tylko sen i sie obudze… czekam na telefon od weterynarza, ze ona obudzila sie na zapleczu i czeka na mnie bym po nia przyjechal. tesknie za nia. najgorsza jest mysl ze juz nigdy jej nie zobacze. a przed oczami widok, jak zabiera ja weterynarz przemeczona, bez zycia, cala mokra i taka niewinna. za wszystko obwiniam Boga,,, modlilem sie do niego by jej nie zabieral tak wczesnie, ze niech jej nie krzywdzi, tylko mnie. bardzo cierpiala. bardzo :( nie mam juz sily, nie wiem co robic, wydaje mi sie ze kazdy o niej zapomnial, kazdy zyje dalej. ja nie chce zapomniec. KOCHAM CIE KAJA. tęsknie. wracaj do mnie proszę!!! razem z Tobą, umarłą część mnie… ;(

3 thoughts on “Kaja

  1. Bardzo smutna historia… ja sama 3 dni temu straciłam moją ukochaną kruszynkę.. Odeszła po 9 latach zabierając ze sobą cząstkę mnie.. Moja Funia kochana… moje Słoneczko.. tak bardzo mi jej brakuje..

  2. Dziś w nocy odszedł od nas Grandzio – sznaucerek minaturka czarno-srebrny. Miał dopiero 8 lat… Lekarze zbyt późno wykryli u niego guzy na wątrobie, Wcześniej jego za jego powiększony brzuszek i złe wyniki krwi winą obarczali złą dietę, której starałam się zawsze pilnować. Spoczywaj w pokoju. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy….

  3. Witaj,

    Bardzo Ci współczuje, ja dziś straciłam też pieska sznaucerka miniaturkę , zmarł nagle przez kleszcza miał 8 lat . Nie mogę sobie z tym poradzić … Wiem co czujesz.
    3maj się pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.